Wiosna na Islandii nie przychodziła z kwiatami. Przychodziła z wiatrem. Najpierw zmieniał kierunek — przestawał wiać z północy i zaczynał błądzić po wzgórzach, jakby szukał miejsca, aby się osiedlić. Potem zmieniał plany i gnał przed sobą chmury jak pasterz owce przed jesienną burzą. Morze, dotychczas przygniecione zimowym bezwładem, coraz częściej odpowiadało na jego harce — ciemniało, burzyło się, i rzucało na brzeg wodorosty i pianę, jakby też miało dość czekania na wiosnę. Lód w zatoczce pękał z hukiem, który w nocy budził dzieci i psy, i dopiero po chwili wyrwany ze snu człowiek zdawał sobie sprawę, że to nie burza, tylko koniec zimy.
W Dalir pewnym znakiem wiosny był widok Gudrun Thorddottir stojącej w drzwiach chaty ze ścierką w dłoni.
— Utrapienie z tą dziewczyną! Gdzież ona się znów podziała? — Gudrun była bardzo rozeźlona.
Rzuciła gniewne spojrzenie w kierunku morza i potrząsnęła głową z rezygnacją.
— Nie bądź dla niej taka surowa, mamo — dobiegł ją głos z wnętrza chaty. — Sama wiesz, jak ciężko chorowała. To prawdziwy cud, że przeżyła.
Inga miała rację. Margret, jej młodsza siostra, leżała złożona boleścią przez prawie miesiąc. Choroba zostawiła na jej twarzy, nogach i rękach okropne małe kratery blizn, ale najgorsza była ślepota, która minęła dopiero w ostatnim tygodniu. Dziewczynka po prostu oszalała ze szczęścia. Nie można jej było oderwać od ukochanego zajęcia, rzeźbienia.
— Wiem, wiem — wyraz twarzy Gudrun nabrał łagodności. — Tylko się o nią boję. Biega samopas, siedzi na zimnych kamieniach nad wodą, jeszcze ją huldufolki porwą.
— No nie, matko. Ona się prędzej z nimi zaprzyjaźni, polubią ją za te jej laleczki. Co prawda jak ostatnio Steinunn zbierała drewno w zatoce, to krzyku narobiła na widok tych jej figurek, że to huldufolki, a ona im matkuje i pewnie sama do nich należy. Aż ją mąż musiał do chaty ciągnąć, tłumacząc, że to tylko drewniane zabawki.
— Sama widzisz, że ta dziewczyna to wieczne kłopoty. Jak nie choruje, to rzeźbi, jak nie rzeźbi, to oczy wypatruje, czy statek z towarami nie płynie, bo ciągle jej potrzebne nowe noże i dłutka. Toż ona nas z torbami puści!
Inga wyszła przed chatę i wystawiła brudną od dymu twarz na pierwsze wiosenne porywy wiatru. Matka spojrzała na nią i roześmiała się, a potem wytarła buzię dziewczynki ścierką.
— A te figurki, co je ojciec na targu sprzedaje? Przecież za darmo ich nie oddaje, tylko za towary. Jak czasem nóż dla Margret kupi, to chyba dobrze?
— Dobrze, nie dobrze, nie mów tak przy ojcu, bo będzie zły. I tak uważa, że na zbyt wiele wam pozwalam — zamruczała Gudrun pod nosem, ale Inga wiedziała, że gniew matki szybko mija. Zmieniła temat:
— Zrobione, matko. Co się dało, wyczyściłam, ale to się przecież za dwa dni na nowo ubrudzi. Jeśli pozwolisz, to pójdę jej poszukać.
— Biegnij, przyprowadź ją, to coś zjemy.
Margret nie była głodna, tylko zmarzła. Zgarnęła swoje ludziki do sakwy, ale po chwili jednego wyjęła, podeszła do skalnego rumowiska i włożyła rękę w naturalne zagłębienie między bazaltowymi głazami. Wyciągnęła z niego trzy podobne figurki. Przedstawiła nową dotychczasowym rezydentom tego miejsca i włożyła całą czwórkę do jamy. Potem otrzepała fartuszek, zarzuciła sakwę na ramię i niespiesznie ruszyła w stronę Krossholar.
Uwielbiała to miejsce, rozległe zielone wzgórze, na którym kilkaset lat temu Aud Ketilsdottir, jej sławna przodkini, zwykła się modlić codziennie do nowego Boga Islandczyków. Margret słuchała z wypiekami na twarzy opowieści matki o niezwykłym życiu Aud Przenikliwej, bo tak ją tu nazywano. Dziewczynka od maleńkości marzyła, aby być taką jak Aud: mocną i niezależną. Chodziła na wzgórze Aud i modliła się pod jednym z pięciu drewnianych krzyży, które patronka tego miejsca kazała ustawić w czasach, gdy na Islandii jeszcze mało kto słyszał o chrześcijaństwie.
Zamyślenie dziecka przerwał nagły ból, Margret krzyknęła i upadła. Leżała nieruchomo, wdychając wilgoć trawy i zastanawiając się, czy Aud Przenikliwa też chodziła na bosaka, gdy usłyszała głos siostry:
— Ty się tu wylegujesz, a ja musiałam całą chatę sama wysprzątać. Oj, matka jest na ciebie zła.
Widząc łzy w oczach młodszej siostry, Inga przyciągnęła ją do siebie, ucałowała i powiedziała już łagodniej:
— Co z tobą, Margret?
Dziewczynka spojrzała na nią smutno i wyszeptała:
— Jak myślisz, czy Aud była piękna?
— O tak, ten skald, co przybył z Ketilem, śpiewał przecież, że była bardzo piękna. Nie pamiętasz?
Margret wtuliła się w ramiona Ingi jeszcze mocniej i dopiero teraz rozszlochała naprawdę.
— Co ci jest, czemu płaczesz? Nie cieszysz się, że jesteś już zdrowa?
— Chyba wolałabym umrzeć. Bo co z tego, że zdrowa? Słyszałam, jak ojciec mówił matce, że kiedy się układali, Ketil wspomniał o mojej urodzie. A teraz?
— Nie płacz. Ojciec cię obiecał Ketilowi, a Ketil przyrzekł, że się z tobą ożeni.
— Ale teraz nie będzie mnie chciał! — Margret znów się rozpłakała.
Inga pomogła siostrze wstać i spojrzała jej w oczy. Dojrzała w nich coś więcej niż dziecięcą rozpacz. Choroba i ślepota sprawiły, że Margret przedwcześnie wydoroślała.
— Ketil jest szlachetny i dotrzyma danego słowa. To dla jego rodziny zaszczyt pojąć prawnuczkę Aud. Poza tym… — Inga zawiesiła głos.
Margret przetarła oczy dłonią i spojrzała na siostrę z zaciekawieniem.
— Poza tym Ketil… A więc powiem ci, że Ketil sam ma blizn bez liku! I to nie takich malutkich jak twoje, ale wielkich, od miecza i topora!
— Skąd wiesz?
— Pamiętasz Sighvata Sturlusona? Znasz go, prawda?
— To brat Snorriego, tego, którego jako malca zabrano do Oddi, żeby się kształcił? Szczęściarz! — westchnęła Margret.
— Otóż Sighvat podpatrzył Ketila, jak kąpał się w źródle przed powrotem do Skalholt. Opowiadał potem, że Ketil ma mnóstwo blizn, i to jakich! Sine i czerwone, na plecach i na brzuchu. Sighvat się nimi zachwycał, ale ja myślę, że to musi być bardzo brzydkie!
— Naprawdę? — Margret otarła oczy i spojrzała na siostrę z niedowierzaniem.
— Uwierz mi, siostrzyczko, nadal jesteś dla Ketila dobrą partią.
Inga się nie myliła, a jednak stało się inaczej. Kiedy plotka o oszpeceniu Margret dotarła do młodego wojownika, ten pobiegł do starszego brata i próbował wymóc, żeby w jego imieniu odwołał zaplanowane małżeństwo. Po dłuższej kłótni Torir skapitulował i obiecał, że się tym zajmie.
— Wiesz, że to niehonorowo, tak zrywać umowę z Sigurdem, ojcem dziewczyny? Jeśli pójdzie na skargę do biskupa, będziesz się musiał podporządkować jego woli.
— Ani myślę! Jak będzie trzeba, to odpłynę!
— Pięknie, mój młodszy brat jest tchórzem! A poza tym to nie twoja łódź, tylko wszystkich braci.
— To wszyscy odpłyniemy poza tobą, bo zamieniłeś zbroję na kieckę, żeby służyć temu twojemu Pallowi!
— Waż słowa, bracie. Pall to światły i dobry człowiek. Zdaje się, że nawet nie obił cię laską za stłuczenie tej wazy, co ją z Lincoln przywiózł. A należało ci się!
W słowach Torira słychać było naganę, ale również czułość. Ketil był najmłodszym z siedmiu braci, a Torir, starszy o czternaście lat, opiekował się nimi wszystkimi, gdy byli dziećmi, a rodzice zmarli w pożarze. Od kiedy jednak Torir porzucił miecz na rzecz kapłaństwa, bracia widywali się rzadko. Nadal jednak łączyła ich silna więź.
— Jestem młody, pełen sił, chcę mieć wielu zdrowych synów. Nie ożenię się z maszkarą.
— Wstydź się, Ketil, to dziewczynka. Bóg nakazuje…
— Bóg nakazuje mieć dzieci, a z nią mieć nie będę, bo oszpecona. Już się ze mnie we dworze śmieją, bo plotka się niesie, że tylko taka brzydula mnie chciała. Załatw to bracie, będę miał dług u ciebie. A jak nie, to ucieknę!
Torir pokręcił głową i powiedział:
— O nie, braciszku. Tyś się umawiał, ty musisz się dogadać z ojcem dziewczyny.
— Ale…
— Żadne ale… Tu chodzi o twój honor…
— Ale…
— I honor rodziny!
Ketil chciał coś powiedzieć, ale Torir położył mu dłoń na ramieniu i mocno ścisnął. Gdy ten spojrzał zdziwiony, dodał:
— A wiesz, że Sigurd ma jeszcze jedną córkę?



A niech mu huldufolki zmysły pomieszają, skoro i tak serca nie ma!