W domu panuje cisza. Dziwna cisza w domu pełnym pospiesznie krzątających się ludzi. Leżę nieruchomo z zamkniętymi oczami, z nadzieją, że o mnie zapomną, że wyjdą tym swym cichym, pospiesznym krokiem, a ja tu sobie po prostu poleżę, nie myśląc o niczym. A zwłaszcza o tym, co się stało wczoraj.
Wkrótce okazuje się, że to złudna nadzieja. Drepcząca po mieszkaniu ciotka zagląda do pokoju, wyczuwa moje udawanie i kieruje na mnie surowy wzrok. Wiem, co to znaczy. Powinnaś już być ubrana, uczesana, w sumie nie jesteś już małym dzieckiem, o Boże, czemu wszystko na mojej głowie.
Wstaję z ociąganiem, w przedpokoju słyszę szepty, szuranie, do pokoju zagląda matka. Podnosi oczy do góry, wzrusza ramionami i z płaczem wybiega. Wiem, że zawiniłam, w sumie nie jestem już małym dzieckiem, powinnam wstać, być gotowa, czekać.
Sięgam po ubranie, zupełnie nowe, obce. Czarne rajstopy zagniecione w miejscu złożenia, ale przejrzyste, jakieś takie dorosłe, nigdy wcześniej w takich nie chodziłam. Dziwnie nie pasują do czółenek na płaskim obcasie, choć czółenka też czarne, ale od razu widać, że dziecięce. Podobnie jak reszta ubrania. No i ta kokarda, z czarnej organdyny, sztywna i nieposłuszna zsuwa się z moich gładkich włosów, też dziecięca, choć filuternie przezroczysta, jak moje dorosłe rajstopy.
Ubrana, wychodzę z pokoju i idę do kuchni, myję twarz nad zlewem, bo łazienka zajęta, szumi w niej suszarka, pewnie mama poprawia włosy. Na stole tylko gorące kakao i ciasto drożdżowe z rodzynkami, zatapiam zęby w mięsistym kawałku, wyczuwam rodzynkę i wyłuskuję ją językiem z pogryzionej masy. Bawię się napęczniałą kuleczką, potem biorę łyk kakao, starając się, aby nie przełknąć rodzynki, niestety, porwana rwącym strumieniem zmierza już do przełyku. Biorę drugi kawałek, nagle czuję zimną dłoń matki na karku, poprawia mi kołnierzyk, ściąga nieposłuszną kokardę i zawiązuje na nowo, tym razem trzyma się lepiej. Wyciągam rękę po kakao, ale silna dłoń matki łapie mnie i ciągnie do przedpokoju. Wyczuwam językiem jeszcze dwie rodzynki, przełykam ciasto wymieszane ze śliną, odgradzając napęczniałe kulki zębami. Udało się, przez chwilę myślę o kakao, ale rezygnuję, spojrzawszy na mamę.
W przedpokoju mama zakłada czarne szpilki na bardzo wysokich obcasach i śmieszny kapelusik z czarną tiulową woalką. Zdejmuje z wieszaka dziwacznie sztywny niebieski płaszczyk. Kręcę głową, że nie chcę, ale nikt nie zwraca uwagi na moje protesty. Dziwaczny niestosownie niebieski płaszczyk otula mnie zaskakująco miłym dotykiem. Na lewym rękawie zauważam czarną opaskę niedbale przyfastrygowaną czarną nitką, pewnie przez ciotkę, o Boże, czemu wszystko jest na jej głowie.
Schodzimy po schodach, czuję się zniewolona, nie pamiętam, kiedy ostatnio schodziłam z mamą za rękę, przeszkadza mi to, mama idzie tak wolno, ostrożnie na swoich szpilkach, może to dobrze, bo moje lakierki są nieznośnie śliskie.
Przed bramą czeka wielki czarny samochód, wiem, że to Wołga, bo słyszałam wczoraj wieczorem, że taki samochód ma po nas przyjechać. Wskakuję na tylne siedzenie, mama siada obok, poprawia kapelusik, który przekręcił się w czasie wsiadania, odruchowo sprawdzam swoją kokardę, trzyma się, składam dłonie na moich obcych dorosłych kolanach w obcisłych przezroczystych czarnych rajstopach i patrzę do przodu, obok głowy kierowcy, turlając rodzynki językiem tak, aby mama nie dostrzegła. Niestety zauważa, mówi:
— Przełknij, nie umyłaś zębów, czy ja cię muszę zawsze pilnować, nie jesteś już małym dzieckiem.
Wołga zatrzymuje się przed niskim budynkiem, wchodzimy po trzech płaskich schodkach, przechodzimy na wylot i po bliźniaczo podobnych schodkach schodzimy po drugiej stronie domu, a potem idziemy do innego niskiego budynku.
Mama puka do drzwi i staje tak, aby ją było widać przez niewielkie brudne okienko. Po chwili w okienku pojawia się czyjeś oko, przynajmniej z mojej wysokości widać tylko tyle, mama na wysokich obcasach pewnie widzi więcej, choć okienko jest bardzo brudne, więc może wcale dużo w nim nie widać. Drzwi uchylają się, mama podaje jakąś kartkę, wchodzimy do ciemnego pomieszczenia, w którym dziwnie pachnie. Czuję przypływ śliny w ustach, przełykam ją gwałtownie, rodzynki porywa prąd.
Teraz mogę się skupić na tym, co widać w półmroku. Widać i czuć. Taki dziwny zapach, trochę podobny do zapachu publicznych toalet. Wzdrygam się i staram się nie wciągać powietrza w ogóle. Nic z tego.
Idziemy wąskim korytarzem, szpilki mamy stukają bez sensu, puk, puk, puk, głos metalowych fleków odbija się od ścian, sufitu i powraca zwielokrotniony, jakby szybszy. Puk, puk, puk. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego kobiety muszą nosić takie niewygodne buty. Kiedyś przymierzałam te mamy — mało nie skręciłam kostki. Po raz pierwszy patrzę na moje lakierki z sympatią. A potem spoglądam na mamę, widzę, że stara się iść ciszej, ale wygląda przez to niezgrabnie. W sumie trudno iść na palcach, gdy ma się buty na tak wysokim obcasie.
Wchodzimy do jakiegoś pokoju, właściwie to dziwne pomieszczenie, całe wyłożone pożółkłymi kafelkami, w zamkniętym, też strasznie brudnym oknie jest krata, pod ścianą po lewej podłużne pudło z wiekiem. Ciekawe, po co tu krata? Boją się, że ktoś ukradnie trumnę? Bo przecież wiem, że to trumny, jestem już duża. Mama puszcza moją rękę i podchodzi do jedynej otwartej. Cieszę się w duchu, że jestem taka niska, nie chcę widzieć jej wnętrza, choć w rogach wystają koronki. Mamy w domu taką pościel po babci — też wykończona koronkami, tylko nie takimi ładnymi.
Mama się pochyla, coś w środku poprawia, wyciąga z wnętrza jeszcze jeden koronkowy rąbek i układa go w rogu pudła. Potem nagle wyjmuje białą chusteczkę, zdejmuje czarne okulary i ociera oczy. Dopiero teraz widzę, jakie są czerwone i zapuchnięte. Odwracam wzrok i rozglądam się po pomieszczeniu. Małe zakratowane okno wpuszcza niewiele światła, to dobrze, myślę, wcale nie chcę widzieć tego pudła, tej białej koronki, która wystaje w jego rogu, tego pokoju, kafelków i więziennego okienka. Ani czerwonych oczu mamy.
Myślę, że to już koniec, ciągnę mamę w stronę drzwi, może już sobie pójdziemy, ale ona nie zwraca na mnie uwagi, ciągle zajęta jakimiś drobiazgami w środku, i swoją chusteczką, która jest coraz mniej biała, bo widzę na niej smugi od tuszu i szminki. Odsuwam się powolutku, może o mnie zapomni, jest taka zajęta i zmęczona, ale ona po chwili prostuje się energicznie, zakłada okulary i odwraca w moją stronę. Przywołuje mnie otwartą dłonią, znam ten gest, znaczy, że mam podejść. A jednak? Spoglądam za siebie, może to nie do mnie? Nie, to na pewno do mnie, za mną nikt nie stoi.
Stawiam niepewnie kilka kroków, starając się nie patrzeć na pudło, na koronkę, na kratę w oknie, kafelki w okropnym żółtym kolorze. Patrzę na szpilki mamy — są piękne, obcas ma z dziesięć centymetrów. Jak ona chce w czymś takim chodzić po cmentarzu? Z drugiej strony to przecież zawsze takie zakłada, gdy chce wyglądać elegancko. A pogrzeb to pewnie takie eleganckie wydarzenie. Poprawiam czarną kokardę, która znów zaczęła się zsuwać. Jak ja nienawidzę tych moich płaskich gładkich włosów!
Mama się niecierpliwi, tupie ostrzegawczo nogą, a gdy podchodzę, schyla i wyciąga spod trumny mały stołeczek ze schodkami. Otwartą dłonią z wyprostowanym palcem wskazującym wskazuje, że mam na niego wejść. Cofam się, ale jej twarz jest kamienna, to znaczy, że mam się słuchać, przecież nie jestem już dzieckiem, mam nawet całkiem dorosłe rajstopy. Wchodzę po małych schodkach, patrząc w dół i starannie unikając widoku wnętrza trumny.
— Ucałuj tatę!
Nagle muszę podnieść oczy. Muszę przestać udawać, że jesteśmy tu przypadkiem i że to wszystko mnie nie dotyczy. Tuż obok mojej twarzy widzę twarz ojca, gładką, żółtawą i nieruchomą, zupełnie jak odlaną z żółtej stearyny, którą tak lubię się bawić. Już nigdy nie wezmę jej do ręki.
Wiem, że mama czeka, aż wykonam jej polecenie. Wyciągam dłoń, długo poprawiam koronkę niewielkiej poduszeczki, na której spoczywa głowa taty. Pochylam się, instynktownie próbując wyczuć ciepło stearyny. Nic z tego, chłód tu, wewnątrz trumny, jest jeszcze większy niż na zewnątrz. Zwijam wargi do pocałunku i leciutko całuję ojca w policzek. Serce bije mi jak szalone. Czuję szorstkość skóry — niby znaną, a jednak teraz jakąś sztuczną i stearynową.
Zeskakuję ze stołeczka, mama bierze mnie za rękę i znów idziemy ciemnym korytarzem — w stronę drzwi z małym brudnym okienkiem. Metalowe fleki szpilek zaczynają swój bezsensowny dialog. Nasłuchuję i próbuję wymyślić, o czym rozmawiają, ale one tylko głupio pukają, puk, puk, puk puk puk.
Próbuję myśleć o tacie, przypomnieć sobie, jak on wyglądał. Widzę tylko tę stearynową maskę, którą mama kazała mi pocałować. Całą drogę zastanawiam się, czy tata słyszy to głupie stukanie. I czy jest mu smutno, że pocałowałam go tak lekko.



Zbyt smutne dla dziecka, ale co począć...
Prawdziwe i smutne! Ale wiecznie aktualne.