Ciotka Rozyna
Po latach brak mi ciotki Rozyny. Nigdy nie zdołałem zebrać tych wszystkich strużek wspomnień, które sączyły się z jej wąskich ust, ilekroć ją odwiedzałem.
— Znasz mnie — powiedziała ciotka Rozyna, koncentrując swą uwagę na wygryzaniu skórki z boku paznokcia — nigdy nie przejmowałam się nadmiernie ani swoim wyglądem, ani tym, jak oceniają mnie ludzie. Byłam taka… — zawiesiła na chwilę głos — sauté…
Zawsze ją podziwiałem za zdolność stawiania trafnej diagnozy. Była sauté. Kompletnie niewyszukana i siermiężna na zewnątrz i w środku. Większość znajomych to od niej odrzucało. Nie przejmowała się tym. Ją przecież też coś odstręczało od większości.
— Jestem jak ryba bez panierki. Strawa, nie jedzenie. Żeby przeżyć, nie żeby się delektować.
Ciotka Rozyna zawsze trafiała w dziesiątkę. Miała niezwykłą zdolność wyrażania myśli w sposób krótki i dosadny. Można się było z nią zgadzać lub nie, ale trudno było pozostawać obojętnym. I trudno było udawać, że się ją lubi. A jeszcze trudniej lubić.
— Nie patrz na mnie jak na plamę na świeżym obrusie. Wiem, że wolałbyś, żebym była inna — nagle skończyła z opornym paznokciem i zerknęła na mnie spode łba, a właściwie spod gęstej tłustawej grzywki, która opadała jej na oczy. — Twoja matka była zupełnie inna, zadbana, piękna, inteligentna. Nawet jako dziecko nie obgryzała paznokci. A mnie babcia ciągle smarowała czubki palców rycyną. Żebym, jak to mówiła, nie majstrowała przy paznokciach.
Zamilkła na chwilę i sięgnęła po stary chiński imbryk z herbatą. Chmurne spojrzenie znikło, w oczach pojawiło się rozbawienie. Przytrzymując pokrywkę palcem, który przed chwilą skończyła pielęgnować zębami, kontynuowała z charakterystycznym dla siebie sarkazmem.
— W końcu polubiłam ten smak i zaczęłam ssać palce z lubością, a rycyna to środek silnie przeczyszczający, więc miało to wiadome konsekwencje. Wtedy babcia próbowała mnie przekupić. Za nieobgryzanie paznokci miałam dostać pieska.
Wzruszyła chudymi ramionami i podniosła oczy ku górze, tak że widziałem tylko białka gałek. Wyglądała okropnie, jak jakieś zombi z filmu klasy B.
— Nie wiem doprawdy, czemu babcia myślała, że wizja posiadania pieska jest dla mnie taka kusząca. Podejrzewam, że chciała mieć jakieś stworzenie, które wreszcie by jej słuchało. Bo ani ze mną, ani z twoją matkę nie miała lekko…
Przeszłość sączyła się z opowieści ciotki Rozyny wąskim strumyczkiem. Nigdy nie miałem dość czasu, aby zebrać te pojedyncze strużki w rzekę wspomnień. Nie było powodu, aby się spieszyć, bo kiedy żyła, wydawało się, że będzie żyła wiecznie. A gdy umarła, mało kto zauważył, że odeszła.
Oczywiście na pogrzebie były tłumy – w czasie tak długiego życia nawet taka abnegatka, jak ona, musiała nazbierać sporo znajomych. Wuj Arseniusz, pani Maria Liza, jakieś zwariowane sąsiadki w kapeluszach z lat sześćdziesiątych zeszłego wieku. Co to była za menażeria! Do końca życia, a nawet po śmierci, ciotka Rozyna trwała w tym absurdalnym, niestosownym kontekście, który sobie wypracowała już jako dziecko. Czy uwierzycie, że umarła, zakrztusiwszy się landrynką? Wyobrażacie sobie dziewięćdziesięciolatkę, która umiera z takiego powodu?
Pogrzeb ciotki Rozyny był równie niestosowny, jak jej życie. Kiedy ksiądz spryskiwał urnę święconą wodą, kropidło urwało się i poszybowało w tłum, lądując w samym centrum zdziwionej twarzy Arseniusza, a kiedy składano spopielone szczątki ciotki do grobu, jej przyjaciółka Maria Liza wlazła na grób, aby zajrzeć do wnętrza, straciła równowagę i prawie wpadła do środka.
A jednak nawet po latach brak mi ciotki Rozyny. Nigdy nie zdołałem zebrać tych wszystkich strużek wspomnień, które sączyły się z jej wąskich ust, ilekroć ją odwiedzałem. Po prostu nie dało się ich oddzielić od niej, były jej nieodłączną częścią, opowiedziane od niechcenia, bez ładu i składu, z pominięciem ważnych szczegółów i rozwodzeniem się nad drobiazgami, które nikogo nie obchodziły, w maleńkim mieszkanku pachnącym wanilią i landrynkami. I herbatą parzoną w dużym chińskim imbryku.



Czy to fragment nowej powieści? Świetny!